W klatce

Czy w Rosji są więźniowie polityczni – zapytał jedenastoklasista przewodniczącego Dumy Państwowej Siergieja Naryszkina podczas wczorajszego (2 września) spotkania w jednej z podmoskiewskich szkół. Pan Naryszkin odpowiedział, że w Rosji więźniów politycznych nie ma, bo w rosyjskim kodeksie karnym paragraf „polityczne przestępstwo” nie istnieje. – Gdy mówimy o więźniach, to mamy na myśli wyłącznie osoby osądzone za przestępstwa gospodarcze albo inne przewidziane kodeksem – dodał pan przewodniczący.

- Jasne: Michaił Chodorkowski i Płaton Lebiediew siedzą za ropę, która sami sobie ukradli; dziewczyny z „Pussy Riot” - za chuligaństwo, a nie za modlitwę do Matki Boskiej o to, by zabrała Putina; manifestanci z Placu Błotnego za to, że bili policjantów, choć na zdjęciach i filmach wyraźnie widać, że to ich bito, a cała opozycyjna reszta – na przykład za handel narkotykami (które im podrzucono podczas przesłuchań).

Jeszcze klika lat temu udział w opozycyjnej manifestacji groził pobiciem, złamaniem ręki, żebra czy nosa, ale – w wymiarze kary – najwyżej dwoma tygodniami aresztu i tysiącrublowym (stuzłotowym) mandatem. Zeszłoroczny niemal masowy bunt Moskwian i przyjezdnych, wielotysięczne, powtarzające się manifestacje wywołały na Kremlu szok. I teraz stosuje on wobec buntowników terapię szokową.

Kary pieniężne wzrosły ogromnie i posypały się sfabrykowane oskarżenia powodujące skazania na wiele więziennych (łagrowych) lat. Już niemal rok toczy się tzw. Błotny Proces, czyli w sprawie wielotysięcznej manifestacji 6 maja ub. roku, na Placu Błotnym, w przeddzień inauguracji trzeciej prezydenckiej kadencji Władimira Putina. Tysiące manifestantów zostały otoczone przez tysiące policjantów, którzy okrutnie wiec spacyfikowali. Zatrzymano wiele osób bijąc pałami, kopiąc podkutymi butami, wyłamując ręce. Najbardziej pobitych oskarżono o pobicie policjantów. Policjanci przed sądem to potwierdzają. Pierwszy wyrok już zapadł: 4 lata i 6 miesięcy obozu o zaostrzonym reżimie.

Zaczął się czwarty miesiąc procesu „Błotników”. Oskarżono 12 osób. 3 znajdują się w areszcie domowym, reszta w zwykłym. I stamtąd jest dowożona do sądu. W dzień procesu więźniowie wstają o 5 rano, do celi wracają po północy. Na transport oczekują w pomieszczeniach 1,5 x 1,5 m, z jednym miejscem do siedzenia, a w pomieszczeniu (zwanym „szklanką”) sadza się ich dwóch. Do sądu są przewożeni dusznym autobusem, w którym nie można otworzyć okien, mimo, że za nimi są kraty. Często towarzyszą im więźniowie cierpiący na otwartą gruźlicę.

Na sali rozpraw trzymani są w tzw. akwarium – szklanym, dusznym pomieszczeniu, gdzie godzinami tkwią na wąskiej ławeczce bez oparcia, bez możliwości rozłożenia dokumentów czy robienia notatek. Z adwokatami mogą rozmawiać przez wąską, znajdującą się w połowie wysokości klatki – szparę, a i to w obecności konwojenta, który ma prawo przeglądać wszelkie przekazywane sobie nawzajem dokumenty. A rozmawiać z obrońcą trzeba szybko, by w wyznaczonym czasie wszyscy zdążyli. Nastawiając uszu i wytężając wzrok więźniowie w szklanej klatce usiłują niczego nie przepuścić z cichego brzęku niezbyt sprawnych mikrofonów, by w porę zadać pytanie świadkowi lub zgłosić sprzeciw.

A w czasie 15 minutowej przerwy muszą zdążyć złowić wzrokiem kogoś z bliskich, pomachać ręką zanim wszystkich wyrzucą z sali, bo proces właściwie toczy się za zamkniętymi drzwiami. Muszą jeszcze uwinąć się i zalać wrzątkiem suchy makaron, a – jeśli w porę stanie się on zdatny do zjedzenia, to się posilić, bo gdy nadal będzie twardy – trzeba zrezygnować z jedynej możliwości posiłku tego dnia. I jeszcze trzeba wykroić 5 minut na bieg do toalety w towarzystwie konwojenta, który już na miejscu na moment uwolni więźnia z kajdanek. Bo to jedyna w ciągu dnia możliwość skorzystania z tego przybytku. W dni procesu więźniów nie wyprowadza się na spacer, a do końca wielomiesięcznych procesowych przesłuchań nie mają możliwości spotkania z rodziną.

Po pierwszym procesie Chodorkowskiego Międzynarodowy Sąd Praw Człowieka w Strasburgu stwierdził, że trzymanie więźniów w czasie procesu w żelaznej klatce nosi znamiona tortury, więc ktoś w Rosji wydał polecenie, by nieludzką klatkę zamienić na „humanitarne” szklane pudło, przy którym klatka zdaje się luksusem. W Strasburgu stwierdzono też, że warunki aresztu, sądu i przewozu więźniów wyczerpują znamiona tortur. I co? I w takichże warunkach przebywały dziewczyny z Pussy Riot, i wszyscy inni opozycyjni oskarżeni. „Komitet 6 maja” czyli grupa ludzi starających się pomóc „Błotnikom” zażądała od władz zmiany postępowania wobec nich, zaznaczając przy tym:

- Trzeba stwierdzić, że w analogicznych, będących torturami i niezgodnych z prawem warunkach przebiega w Rosji większość procesów. Jednak w tym wypadku obecność wśród podsądnych inwalidów (jeden z oskarżonych z dnia na dzień traci wzrok na skutek sądowej odmowy leczenia), a także wyraźne znęcanie się sądu nad oskarżonymi czyni ten proces szczególnie okrutnym”.

Cały świat huczał, gdy dziesiątki tysięcy Moskwian i przybyszów z innych miast protestując przeciw kolejnej kadencji Władimira Putina zapełniały place Moskwy. Ale teraz, gdy niewinni ludzie za to właśnie tak, na miarę sprawiedliwości prezydenta Rosji – odpowiadają, mało kto o „Błotnym Procesie” wspomni. Oburzenia i protestów raczej nie widać. A do oprotestowania zbliżającej się Olimpiady w Soczi czułych na naruszenia praw człowieka przedstawicieli zachodnich demokracji nie skłoniły cierpienia kolejnych ofiar opozycji antyputinowskiej, lecz postanowienia Dumy godzące w prawa lesbijek i gejów.

Myśląc o tym, co się dzieje w Rosji często pada stwierdzenie, że świat stanął na głowie. Patrząc jednak bardziej na Zachód można stwierdzić, że jednak zgoła na czym innym.
Trwa ładowanie komentarzy...