Prezydent Putin z pałą o wiele słabiej funkcjonuje w polskiej wyobraźni, niż prezydent Łukaszenka czy prezydent Janukowicz choćby. Jakoś nie ma u nas zwyczaju relacjonowania procesów, podczas których w rosyjskich sądach siedzą, a częściej stoją w żelaznych czy szklanych klatkach ludzie skazani już nawet nie za uczestnictwo w demonstracji, ale za samo podejrzenie, że mogli by się tam znaleźć. A skazuje się ich na lata kolonii kornych coraz bardziej przypominających łagry czasów Stalina. A u nas cisza. Słyszał kto, by się oburzali na to nasi luminarze?
Paradoks wychodzi z tego niemały: Ukraińcy, których popierają, bardziej niż przeciw swemu prezydentowi protestują przeciw dominacji Kremla. Tegoż Kremla, którego jawnych przestępstw popełnianych na niewinnych obywatelach Rosji nikt z tychże luminarzy nie potępia. Podobnie jak quasi demokratyczni luminarze Europy. Bo – jak np. czytamy w korespondencji z Wilna (Gazeta Wyborcza 29.11.13) „historia stosunków Unii Europejskiej z poradzieckim Wschodem jest skażona obojętnością czy też niechęcią Zachodu do narażania się Kremlowi”… Jasne, Kreml to przecież Gazprom i Rosnieft, ropa i gaz, interesy mniejsze i większe, wobec których rozbite głowy Rosjan nie mają żadnego znaczenia. Niech sobie siedzą w klatkach, przezroczystych dla Europy nie tylko dlatego, że szklane. Ich zawartość, czyli protestujący Rosjanie są „wewnętrzną sprawą państwa rosyjskiego”.
Politycy Polski i reszty zahukanej przez Kreml Europy grozić będą a to Łukaszence, a to Janukowiczowi, zmagającymi się - w gruncie rzeczy - z tymże Putinem, którego – w świetle reflektorów i w kuluarach rezydencji do niedawna trwożliwie zagłaskiwali. I zagłaskiwać będą. A mieszankę strachu, hipokryzji i cynizmu urzędnicy europejscy (np. Joerg Forbirg z berlińskiego biura German Marschall Fund) nazwą – płonąc panieńskim rumieńcem – naiwnością
