Za późno

Nie odchodzimy od telewizorów, nie wyłączamy radia, prawie nie śpimy. To tuż, to niemal jak u nas. Podeszło niemal pod granice, podeszło do gardła. Krzyk, strach, śmierć… Powtarzamy: to niemożliwe, to nieprawda. Umierają jednak na naszych oczach, choć łaskawi wydawcy wiadomości oszczędzają nam scen cierpień i konania. I tylko mowę nam odejmuje widok pogorzeliska, w jaki zamieniło się kwitnące centrum kwitnącego miasta.

Nie zauważyliśmy jak pełzło, jak zaczęło się panoszyć, dominować? Może to i banał, mówiono już o tym nie raz, ale trudno zapomnieć, że – jak wielkie światowe przedszkole – zgodnie przytakiwaliśmy, że to, co widzimy na pewno nie jest tym, co widzimy, tylko zupełnie czym innym. Gdy ktoś w 1999 r. wysadzał w Moskwie domy ze spokojnie śpiącymi mieszkańcami i wmawiał światu, że to czeczeńscy terroryści, i że natychmiast trzeba rozpocząć przeciw nim operację antyterrorystyczną – przytakiwaliśmy. Nikt normalny by nie uwierzył, że to służby specjalne państwa wykonują rozkaz szefów, bo potrzebny im pretekst do rozpoczęcia „małej, zwycięskiej wojny” ku chwale Wodza, który miał wmaszerować na Kreml w glorii zwycięzcy.

Gdy na rozkaz Wodza na maleńką Czeczenię spadały bomby Wielkiego Mocarstwa, bomby kulkowe, kasetonowe, próżniowe, zapalające i wszelkie inne zamieniając w krwawą breję tysiące ludzi i zwierząt – przytakiwaliśmy. Trudno, walka z terroryzmem wymaga ofiar. W ciągu dwóch lat (2000 – 2002) wymordowano ponad 150 tysięcy ludzi. Kilka tysięcy z nich zamęczono torturami. Wielu znajdowano skatowanych z plastikowymi workami na głowach. Było daleko, a właściwie nie było, bo Wódz zadbał, by pacyfikowaną republikę odciąć od dziennikarzy.

Kiedy w 2002 roku czeczeńskie komando wpadło na scenę teatru „Dubrowka” i sterroryzowało siedmiuset osobową widownię - my, cywilizowany świat, nie domagaliśmy się pertraktacji z terrorystami (żądającymi przecież tylko tego, by przestać mordować ich naród) i zgodziliśmy się, że jedynym wyjściem było wpuszczenie na widownię gazu, który jednych uśpił, a niektórych (370 osób) zabił. I nie pytaliśmy, dlaczego uśpionych terrorystów nie aresztowano, nie pokazano światu, ale – co do jednego – uśmiercono strzałem w głowę. I jak mogli oni dotrzeć z pacyfikowanej Czeczenii do centrum stolicy Rosji. I kto z tego ataku odniósł polityczne korzyści. Wodzowi nie zadaje się pytań, wodzowi wysyła się gratulacje z powodu udanej akcji, bo tych, których nie zabił gaz, albo nie okaleczył, udało się jednak uratować.

Po spaleniu szkoły w Biesłanie (wrzesień 2004) nie zadawano pytań jak uzbrojony oddział bandytów mógł spokojnie wędrować kilometrami, dlaczego akurat tej jednej szkoły, którą zajął, nie strzegła milicja; kto wywołał śmiertelny dla zakładników pożar, i znowu – dlaczego wymordowano wszystkich terrorystów (z wyjątkiem jednego, który sam się poddał) zamiast ich wyłapać i pokazać światu w jawnym, głośnym procesie. Zwycięzcy nie zadaje się pytań. Świat składał gratulacje.

Gdy dokręcano kurki z gazem, szantażowano rurociągami, gdy w Monachium Putin wygrażał Zachodowi reaktywując retorykę zimnowojenną, zdrowy rdzeń wszelkich nacji nawoływał do pokory w imię pragmatyzmu politycznego. O więźniach politycznych, o torturach na policyjnych posterunkach, o biciu i zabijaniu w koloniach karnych – nie wspominano, byle tylko niemieckim, francuskim i innym biznesmenom nie zamykać drogi do fortun, a sobie do reelekcji przy kolejnych wyborach. A gdy po dwóch latach blokowania zakończenie rzezi w Syrii Rosja zaproponowała wyjście zgodne z wolą syryjskiego władcy, mordującego swój naród – już nic lepszego nie można było zrobić, jak nazwać Władimira Putina politykiem roku, co rączo uczynił amerykański Times.

Jurija Werbickigo ze Lwowa zakatowano w taki sposób, jak katowano Czeczenów. Nie raz widziałam podobnie zmasakrowane zwłoki z workami plastikowymi na głowach. A teraz liczymy trupy tuż obok, kilkaset kilometrów od naszych telewizorów i zastanawiamy się, co też może się jeszcze gorszego stać. Rozdygotana dziewczyna na Majdanie pokazuje światu oderwaną od munduru napastnika plakietkę z napisem „MSW Rosja”. Wódz nazwał obywatelski zryw Ukraińców – terroryzmem, a akcje przeciw nim – operacją antyterrorystyczną. To, co już się stało, stało się za przyzwoleniem liderów światowego przedszkola. A teraz jest już za późno, choćby nie wiadomo jak głośno krzyczeć, że już widzimy, że król jest nagi. Życia się nie przywróci ani tym wczoraj na Majdanie zabitym, ani tym, którzy zginą jutro, ani pozabijanym Rosjanom, ani pomordowanym Czeczenom.
Trwa ładowanie komentarzy...